Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji uług i zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

[x] Zamknij

„Mówią Wieki”, XI 2008, Z historią i polityką pod rękę

Prasa 2008-11-21

Z marszałkiem Senatu RP Bogdanem Borusewiczem rozmawiają Jarosław Krawczyk i Bogusław Kubisz
Dziękujemy, że znalazł pan dla nas czas...

Bogdan Borusewicz: „Mówią wieki” to pismo bardzo mi bliskie. W dzieciństwie i młodości z niecierpliwością czekałem na każdy numer miesięcznika i odegrał on ważną rolę w tym ważnym okresie w moim życiu, kiedy kształtowały się moje poglądy, stosunek do Polski, do jej historii i w ogóle do rzeczywistości. Pisali tam świetni specjaliści, którzy prezentowali najnowsze badania w bardzo ciekawy, popularyzatorski sposób. Cieszę się, że pismo przetrwało, choć obecnie rzadziej do niego zaglądam.

Mówią wieki” niedawno obchodziły jubileusz pięćdziesięciolecia. Pańskie ciepłe słowa przyjmujemy jak życzenia z tej okazji. Od wielu lat działa pan w polityce, w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych był pan czołową postacią opozycji demokratycznej, ale mało kto wie, że jest pan z wykształcenia historykiem. Jak zainteresował się pan historią?

B.B.: Zawdzięczam to nauczycielce historii w szkole podstawowej Irenie Siczek, która świetnie wykładała. To ona wskazała mi „Mówią wieki”, a lektura miesięcznika pogłębiła moje zainteresowania. Szybko też zorientowałem się, że jeżeli chodzi o historię najnowszą – wojenną i powojenną - mamy dwa przekazy: ten oficjalny, szkolny, podręcznikowy, oraz rodzinny. Ten drugi był bogatszy w porównaniu z podręcznikami, w których o pewnych sprawach nie pisano albo pisano nieprawdę, np. że wkroczenie Armii Czerwonej w granice Rzeczypospolitej 17 września 1939 roku nie było agresją, lecz ochroną ziem ukraińskich i białoruskich. Moja rodzina pochodziła z Wileńszczyzny, ojciec był oficerem rezerwy, brał udział w kampanii 1939 roku, potem działał w akowskiej konspiracji i partyzantce. Po wojnie niewiele o tym opowiadał, ale podczas rozmów w domu docierały do mnie pewne informacje, bo dorośli często wracali do wojennych wydarzeń. Wciąż słyszałem, że ojcu ocaliło życie to, iż w październiku 1939 roku wsiadł do innego pociągu. Początkowo nie rozumiałem, o co chodzi, bardzo mnie to intrygowało. Wreszcie się dowiedziałem, że miał na myśli pociąg z polskimi oficerami, który dojechał do Katynia. Na szczęście ojciec uniknął sowieckiej niewoli, przedarł się w rodzinne strony spod Lublina. Historia Wileńszczyzny, konflikt polsko-niemiecki, polsko-sowiecki i polsko-litewski na tych terenach to była część historii mojej rodziny i miałem o tym znacznie większą wiedzę niż ta, którą przekazywano wówczas w szkole. A ja chciałem wiedzieć, jak było naprawdę, i o drugiej wojnie światowej czytałem wszystko, co było dostępne. W połowie lat sześćdziesiątych wpadły mi w ręce pamiętniki żołnierza Batalionu „Zośka”, które mnie zafascynowały: konspiracja, Szare Szeregi, powstanie warszawskie. Tymczasem w podręcznikach i prasie pisano o powstaniu zupełnie inaczej: z jednej strony o bohaterstwie ludu Warszawy, ale z drugiej o błędnej czy wręcz zdradzieckiej decyzji dowództwa AK w sprawie rozpoczęcia walki. Z czasem moje zainteresowania historyczne rozszerzyły się na XIX wiek, powstania narodowe. Oprócz „Mówią wieki” czytałem też „Politykę”, „Kulturę”, potem także „Forum”, gdzie były przedruki z prasy zachodniej. Ale to już była szkoła średnia. W czasie studiów na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim zacząłem też czytać prasę katolicką: „Tygodnik Powszechny”, „Więź”, „Znak”. Najbardziej ceniłem „Więź”, gdzie było dużo materiałów o drugiej wojnie światowej, m.in. inspirujące artykuły Leszka Moczulskiego.

Pochodzi pan spod Gdańska, gdzie jest dobry uniwersytet. Dlaczego zatem wybrał pan katolicką uczelnię w odległym Lublinie?

B.B.: W 1968 roku, jeszcze jako licealista, dostałem za ulotki wyrok trzech lat więzienia. Musiałem o tym napisać w życiorysie. Gdybym nie napisał, można mi było zarzucić, że skłamałem, i odrzucić podanie o przyjęcie na studia. Gdybym zaś o tym wspomniał, efekt pewnie byłby taki sam. Szukałem więc uczelni, dla której to nie będzie problemem. Dowiedziałem się, że w Lublinie jest taki uniwersytet, jedyny prywatny w Polsce, związany z Kościołem. Ustaliłem, że jest tam wydział historii i by studiować, nie muszę się kształcić na księdza. No i wyjechałem.

Jak wspomina pan studia na KUL, wykładowców?
B.B.:
Znakomitym historykiem był prof. Jerzy Kłoczowski. Ale on koncentrował się na historii zakonów, co nie bardzo mnie interesowało. Szybko z paroma kolegami – Januszem Krupskim, Piotrem Jeglińskim, Maciejem Sobierajem, Januszem Bazydłą – stworzyliśmy nieformalną grupę. Dobrze się rozumieliśmy, bo chcieliśmy tego samego: uczyć się historii najnowszej i obalić system komunistyczny. Opanowaliśmy koło naukowe, jeździliśmy na zjazdy studenckich kół naukowych. W tym czasie żywo interesowałem się historią naszych wschodnich sąsiadów, pochłaniałem świetne książki Bazylowa o Rosji oraz prace Piotra Łossowskiego poświęcone dziejom państw bałtyckich, zwłaszcza Litwy. Nadal czytałem też „Mówią wieki”. Studia wspominam bardzo dobrze, chociaż w Warszawie czy Krakowie możliwości rozwijania zainteresowań były większe. Zdałem sobie z tego sprawę, uczestnicząc w 1974 roku w spotkaniu kół historyków w Roztoce. Przyjechał tam dr Janusz Berghausen, znawca powojennych dziejów Czechosłowacji, był Jerzy Holzer, który też zajmował się historią najnowszą. Na KUL nie było tego typu specjalistów. Musieliśmy docierać do wiedzy własnymi drogami. W Roztoce pojawiły się różne grupy studentów. Warszawiacy, bardzo dobrze wykształceni, a jednocześnie prezentujący ludyczne podejście do życia. My z KUL byliśmy dobrze przygotowani, ale też bardzo zasadniczy – żadnej zabawy, tylko nauka i polityka. Byli słuchacze Wojskowej Akademii Politycznej, którzy też preferowali zabawę. Wreszcie dwóch studentów z UMCS w Lublinie Z tymi ostatnimi mieliśmy ostre starcia. Kiedy mówiliśmy, że PRL jest państwem niesuwerennym, ZSRR nas podbił i jest to forma okupacji, jeden z nich w pewnym momencie krzyknął: „Was trzeba rozstrzelać!”. Potem się okazało, że nasi oponenci trafili do Służby Bezpieczeństwa.

Czy pańska praca dyplomowa dotyczyła historii najnowszej?

B.B.: Gdy robiłem dyplom, a obroniłem pracę w 1977 roku, historia najnowsza to był okres drugiej wojny światowej. Nowszej nie uprawiano, z małymi wyjątkami – w Warszawie istniał Zakład Historii Partii i Instytut Europy Środkowo-Wschodniej. Na moim uniwersytecie historia najnowsza w zasadzie kończyła się na 1945 roku. Ale starałem się robić to, co mnie interesowało. Jako jedyny na roku przebiłem się z pracą na temat drugiej wojny światowej. Pisałem o politycznych i społecznych poglądach Unii, organizacji konspiracyjno-wojskowej działającej w czasie okupacji. Była to grupa usytuowana między chadecją a endecją: na prawo od chadecji, na lewo od endecji. Temat podsunął mi Władysław Bartoszewski i bardzo pomagał od strony merytorycznej. Opierałem się wyłącznie na źródłach, bo była to pierwsza praca na ten temat. Źródła znajdowały się w Archiwum KC PZPR, gdzie po 1956 roku bezpieka przekazała dokumenty skonfiskowane członkom organizacji, którzy otrzymali wysokie wyroki pod koniec lat czterdziestych.

Jako biedny student spoza Warszawy miałem problem z dostępem do archiwum, które mieściło się w obecnym budynku Senatu RP. Musiałem w nim spędzić przynajmniej dwa tygodnie, a nie miałem gdzie się zatrzymać i nie było mnie stać na hotel. Wreszcie poprzez Jacka Kuronia trafiłem do mieszkania Seweryna Blumsztajna i stąd późniejsze nasze kontakty. W Archiwum KC PZPR przydarzyła mi się zabawna historia. Przyjechałem, złożyłem zamówienie na dokumenty i czekałem, aż archiwistka zawołała do mnie: „Proszę towarzysza z KUL o odebranie materiałów”.

Czy zainteresowanie historią wpłynęło na to, że podjął pan działalność polityczną?

B.B.: To, co mnie zaprowadziło do historii i na studia historyczne, zaprowadziło mnie także do opozycji, choć może ważniejsze było odrzucenie systemu komunistycznego na gruncie etycznym. Ważny był też Gdańsk. Byłem w Gdańsku, gdy miały tam miejsce dwa bardzo ważne fakty z historii Polski: Marzec ’68 i Grudzień ’70. Gdańska demonstracja marcowa była porównywalna do warszawskiej – uczestniczyło w niej 20 tys. ludzi. Grudzień ’70 był uniwersytetem ludowym dla wszystkich i stał się podstawą Sierpnia ’80.

Dlaczego na kolejny protest trzeba było czekać aż dziesięć lat?

B.B.: Musiała powstać elita, która była zdolna była poprowadzić ludzi. Tyle to trwało. Tę elitę budowaliśmy od 1975 roku. Akurat kończyłem studia, pisałem pracę magisterską. Przez dwa lata jeździłem między Gdańskiem a Lublinem, a pośrodku była Warszawa. Byłem łącznikiem, zwornikiem ruchu opozycyjnego, który się tworzył.

Pasjonował się pan czasami okupacji, konspiracją, Polskim Państwem Podziemnym. Czy tworząc opozycję, odwoływaliście się do tego okresu i korzystaliście z tych wzorców?

B.B.: Ja korzystałem. Moje studia miały wpływ na to, co później robiłem. W programie Unii bardzo mocno był eksponowany regionalizm i ja to wprowadziłem w 1980 roku do struktury NSZZ „Solidarność”. Stąd wziął się podział terytorialny związku na regiony, a nie na województwa. Orientowałem się, że regionalizm jest wartością, do której trzeba nawiązać. Zasady konspiracji też przenieśliśmy z doświadczeń czasów wojny i powojennych. We wszystkich działaniach „Solidarności” były obecne dwa syndromy historyczne. Po pierwsze, syndrom powstania warszawskiego. Staraliśmy się organizować opór, stawiać opór, ale nie doprowadzić do powstania, do kolejnego rozlewu krwi.

Pamięć o tragedii powstania warszawskiego działała jak szczepionka.

B.B.: Dyskutowaliśmy i to się przewijało w dyskusjach nad krokami, które powinniśmy podjąć, np. w stanie wojennym. To paradoks, ale postępowaliśmy jak Czesi podczas okupacji, a Czesi w 1968 roku jak Polacy…

Nie wszyscy tak myśleli. W latach osiemdziesiątych powstawały organizacje opozycyjne, które chciały wykorzystać zapał młodych ludzi do walki z komuną i zarzucały podziemnej „Solidarności” kunktatorstwo...

B.B.: Ale to nie był zasadniczy nurt i w dużej mierze tylko werbalny. W opozycji nie myśleliśmy o rzucaniu granatów i podkładaniu bomb. Były oczywiście na obrzeżach niewielkie grupy, które planowały jakieś akcje, i my to wygaszaliśmy. A przecież odbywały się masowe demonstracje, jak 31 sierpnia 1982 roku, i można było poprowadzić ludzi na komitety partyjne, budynki SB, koszary itd. Po wprowadzeniu stanu wojennego demonstracje w Gdańsku trwały dwa dni i brało w nich udział ok. 200 tys. osób. Gdańsk liczył wtedy 450 tys. mieszkańców, a więc prawie wszyscy dorośli byli na ulicy. Dla naszego pokolenia syndrom powstania warszawskiego był bardzo ważny. Pamiętaliśmy o tym, co przeżyli nasi ojcowie. Drugi był syndrom V Komendy WiN, stworzonej w 1948 roku i kontrolowanej przez UB w ramach prowokacji. Staraliśmy się nie dopuścić do tego, żeby kierownictwo podziemnej „Solidarności” spenetrowała i przejęła bezpieka. Dlatego po dyskusji w pierwszych miesiącach stanu wojennego zdecydowaliśmy się używać własnych nazwisk, a nie pseudonimów. Bo wtedy trudno było bezpiece kogokolwiek podmienić.

Okazją do organizowania demonstracji przeciwko polityce władz były też rocznice wydarzeń historycznych, w tym 11 listopada, które w PRL zostało usunięte z katalogu świąt państwowych. Jak wyglądały niezależne obchody Święta Niepodległości w Gdańsku?

B.B.: Ja w drugiej połowie lat siedemdziesiątych organizowałem rocznice Grudnia ‘70. W Gdańsku obchody 11 listopada, a także 3 maja, organizowali koledzy z Ruchu Młodej Polski oraz Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela. Wspierało ich środowisko Komitetu Obrony Robotników. W Gdańsku nie było miejsca bezpośrednio związanego z tymi datami, dlatego zastanawialiśmy się, gdzie organizować obchody. Jeśli chodzi o rocznicę protestu z 1970 roku, naturalnym miejscem akcji były bramy stoczni, gdy ludzie wychodzili z pracy, a w latach osiemdziesiątych pomnik Poległych Stoczniowców. Ale gdzie świętować 11 listopada? Wybraliśmy pomnik króla Jana III Sobieskiego, który po wojnie został przeniesiony ze Lwowa, stojący w centrum miasta, przy dużym placu, gdzie łatwo dotrzeć – to zdecydowało. Zaczęliśmy składać kwiaty, organizować wiece, były jakieś transparenty. Kilometr, półtora od pomnika Sobieskiego znajduje się kościół Mariacki. Gdy ktoś z naszego środowiska siedział w areszcie, zbieraliśmy się w kaplicy Matki Boskiej Ostrobramskiej i modliliśmy się – organizowały to dziewczyny z RMP. Potem wszystko połączono – najpierw była msza w kościele Mariackim, gdzie można się było zgromadzić, a potem przemarsz pod pomnik Sobieskiego. Gdy było mało ludzi – w 1978 i 1979 roku kilkadziesiąt osób, potem do kilkuset - szliśmy chodnikiem. Pamiętam, że 3 maja 1980 roku zebrało się wyjątkowo dużo uczestników, szliśmy ulicami z transparentami, choć lał deszcz. Ja niosłem wielką flagę amerykańską, którą przysłała mi mama ze Stanów Zjednoczonych. Władze próbowały nam przeszkadzać. Były rewizje i zatrzymania prewencyjne. Po uroczystościach bezpieka z reguły zatrzymywała osoby, które przemawiały na wiecu lub niosły transparenty. Kolegia do spraw wykroczeń skazywały je za udział w nielegalnym zbiegowisku. Najostrzejsze były przeciwdziałania w wypadku uroczystości grudniowych, gdy zatrzymywano prewencyjnie kilkadziesiąt osób. W Warszawie demonstracje rocznicowe 11 listopada były większe i chyba silniejsze represje. Pamiętam, że Bronisław Komorowski, obecny marszałek Sejmu, został skazany na trzy miesiące więzienia.

Czy niepodległość jest dla pana najwyższą wartością?

B.B.: Niepodległość i demokracja, bo to dwa nierozłączne pojęcia. O nie walczyłem w opozycji, w podziemiu. Taka była też opinia większości. Niepodległość bez demokracji to dyktatura.

Niepodległość i suwerenność to słowa, które mają nieco różne pola znaczeniowe. Czy w 1989 roku odzyskaliśmy niepodległość, czy tylko suwerenność?

B.B.: Odzyskaliśmy suwerenność i niepodległość. Odzyskanie suwerenności było koniecznym krokiem do odzyskania niepodległości. Był to proces, który zaczął się w czerwcu 1989 roku i trwał kilkanaście miesięcy.

Przeglądając uchwały Senatu RP, zauważyliśmy, że sporo jest poświęconych wydarzeniom historycznym lub postaciom, które izba chce upamiętnić...

B.B.: Parlament powinien dostrzegać i nadawać pewien kierunek myśleniu politycznemu. Nie w sensie polityki historycznej. Jestem bardzo ostrożny i krytyczny w stosunku do tego, co się nazywa polityką historyczną, gdyż oznacza to kształtowanie historii pod potrzeby państwa. Uważam, że najważniejsze są dobre, obiektywne badania historyczne. Mówienie o polityce historycznej to kwestionowanie obiektywności tej nauki. Po prostu badajmy to, co jest istotne, i przekazujmy społeczeństwu wyniki badań jak najbardziej przystępnie, żeby trafiały do ogółu, a nie tylko do specjalistów.

Proszę przedstawić najważniejsze inicjatywy historyczne Senatu RP w obecnej kadencji?

B.B.: W tym roku obchodzimy rocznicę odzyskania niepodległości w 1918 roku i w tej sprawie zabraliśmy głos. Obecnie przygotowujemy w Senacie uchwałę na 20. rocznicę 1989 roku i chcemy nazwać następny rok rokiem demokracji polskiej. Będziemy też organizować bądź patronować wielu inicjatywom i imprezom, kierowanym przede wszystkim do młodzieży. Chcemy pokazać, jaka jest rola demokracji, skąd się ona wzięła. Ubiegły rok był Rokiem Generała Andersa. W tym roku przyjęliśmy uchwałę w sprawie uhonorowania rotmistrza Witolda Pileckiego, bohatera, który walczył z dwoma totalitaryzmami – nazizmem i komunizmem. Ogłosiliśmy także Rok Andrzeja i Olgi Małkowskich, twórców polskiego skautingu. Zapoczątkowali olbrzymi ruch, który odegrał zasadniczą rolę wychowawczą w Polsce międzywojennej i podczas wojny. Zresztą harcerstwo nadal jest największym zorganizowanym ruchem młodzieżowym i zależy nam na wzmocnieniu jego oddziaływania wychowawczego.

Dziękujemy za rozmowę.


Nota:

Bogdan Borusewicz (ur. 1949), historyk – absolwent Wydziału Nauk Humanistycznych Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, polityk, marszałek Senatu RP. W 1968 roku aresztowany i skazany na trzy lata więzienia za przygotowanie i rozprowadzanie ulotek popierających protest studentów. W 1976 roku włączył się do akcji pomocy represjonowanym robotnikom z Radomia i związał z Komitetem Obrony Robotników. Następnie zakładał Wolne Związki Zawodowe Wybrzeża i należał do zespołu redakcyjnego podziemnych pism „Robotnik” i „Robotnik Wybrzeża”. W sierpniu 1980 roku zorganizował strajk w Stoczni Gdańskiej im. Lenina, potem zakładał struktury NSZZ „Solidarność”. Po wprowadzeniu stanu wojennego ukrywał się i należał do kierownictwa podziemnej „Solidarności” – był członkiem Tymczasowej Komisji Koordynacyjnej oraz Tymczasowej Rady NSZZ „Solidarność”. W styczniu 1986 roku został aresztowany. Z więzienia wyszedł po sześciu miesiącach na mocy amnestii i brał udział w strajkach w roku 1988 w Stoczni Gdańskiej. W latach 1989 – 1991 był członkiem Prezydium, a następnie wiceprzewodniczącym Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”. W latach 1991 – 2001 był posłem na Sejm RP i przewodniczył Klubowi Parlamentarnemu NSZZ „Solidarność” oraz m.in. kierował komisją nadzwyczajną do zbadania przyczyn i skutków stanu wojennego oraz Komisją ds. Służb Specjalnych. Od 1997 do 2000 roku pełnił funkcję podsekretarza stanu w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji. W latach 2001 – 2005 był wicemarszałkiem i członkiem zarządu województwa pomorskiego. Od 2005 roku jest marszałkiem Senatu RP (VI i VII kadencji).